Jak uczę się na studiach i nadal mam czas na życie?

„Ty w ogóle czasem sypiasz?”, „Jak Ty to robisz, że masz stypendium naukowe, ogarniasz wolontariat i jeszcze widziałam cię wczoraj w klubie?”.

Słyszę te pytania regularnie i za każdym razem mam ochotę odpowiedzieć: tak, sypiam, zazwyczaj solidne 7-8 godzin. Nie jestem robotem, nie mam supermocy i – przysięgam – nie piję pięciu energetyków dziennie (moja fobia przed kołataniem serca skutecznie mnie przed tym broni).

Kiedy zaczynałam studia, myślałam, że wysokie oceny wymagają rzucenia w kąt życia towarzyskiego i zamieszkania w bibliotece uniwersyteckiej. Szybko jednak zaliczyłam zjazd formy i zrozumiałam, że toksyczna produktywność to najkrótsza droga do wypalenia.

Dziś mam 21 lat, średnią, z której jestem dumna, i masę czasu na projekty społeczne oraz wyjścia ze znajomymi. Jak? Przeformatowałam swoje podejście do nauki. Oto moje totalnie szczere i sprawdzone patenty.



1. Zabiłam „iluzję nauki” (Czyli żegnajcie kolorowe zakreślacze)

Przez całe liceum żyłam w błędzie. Myślałam, że „nauka” to przepisanie notatek, a potem czytanie ich po pięć razy i zaznaczanie wszystkiego neonowymi zakreślaczami tak namiętnie, że kartka stawała się mokra.

Nauka neurobiologii na studiach otworzyła mi oczy. Samo czytanie tekstu to bierna powtórka. Twój mózg widzi znajome słowa i mówi: „O, znam to!”, ale wcale tego nie zapamiętuje. To iluzja.

Przerzuciłam się na aktywne przypominanie (Active Recall).

  • Zamiast czytać notatki – zamykam zeszyt i próbuję z głowy zapisać na brudno najważniejsze punkty.

  • Tworzę własne pytania do tekstu i odpowiadam na nie na głos (tak, czasem wyglądam, jakbym gadała sama do siebie).

  • Efekt? Uczę się o połowę krócej, bo mózg musi realnie pracować, a nie tylko „skanować” wzrokiem kartkę.

2. Moja święta trójca: Anki, Notion i Notion Calendar

Nie wyobrażam sobie życia bez technologii, która myśli za mnie o terminach. Moja organizacja opiera się na trzech narzędziach:

  • Anki (Spaced Repetition): Aplikacja do fiszek oparta na algorytmie, który podsuwa mi definicje do powtórki dokładnie wtedy, kiedy mój mózg zaczyna je zapominać. Korzystam z niej w tramwaju, w kolejce do kasy, albo czekając na spóźnionego profesora. 15 minut dziennie w „międzyczasie” oszczędza mi 5 godzin kucia przed kolokwium.

  • Notion: Tam mam bazę danych całych studiów. Każdy przedmiot ma swoją podstronę, gdzie lądują sylabusy, wymagania i materiały. Koniec z szukaniem PDF-ów na pięciu różnych czatach na Messengerze.

  • Kalendarz: Jeśli coś nie jest wpisane w kalendarz, to dla mnie nie istnieje. Wpisuję tam wszystko: od wykładów, przez spotkania projektowe, aż po... kawę z przyjaciółką i czas na netflixowy odmóżdżacz. Blokowanie czasu na odpoczynek uratowało moją psychikę.

3. Zasada 80/20 na studiach (Zrozumieć system)

Bądźmy ze sobą szczery i: nie wszystkie przedmioty na studiach są tak samo ważne.

Zasada Pareto mówi, że 20% naszych wysiłków przynosi 80% efektów. Na studiach oznacza to wyczucie, które wykłady wymagają ode mnie kucia na blachę, a które wystarczy po prostu zrozumieć, logicznie powiązać fakty i zdać na bazie ogólnej wiedzy oraz logicznego myślenia.

Nie próbuję być idealna we wszystkim. Odpuszczam perfekcjonizm tam, gdzie ocena końcowa zależy od widzimisię prowadzącego albo przedmiot jest kompletnym „zapychaczem”. Wolę ten czas i energię przekierować na przedmioty, które faktycznie mnie pasjonują lub przydadzą mi się w przyszłej pracy.

4. Nauka w blokach i „Deep Work”

Kiedyś potrafiłam „uczyć się” przez 6 godzin. W międzyczasie odpisałam na 15 wiadomości, obejrzałam 3 TikToki, zrobiłam herbatę i przejrzałam maila. W rzeczywistości uczyłam się może przez godzinę, a reszta to był zmarnowany czas – ani to praca, ani odpoczynek.

Teraz, kiedy siadam do nauki, włączam tryb Deep Work (pracy głębokiej):

  • Telefon ląduje w drugim pokoju (serio, odcięcie powiadomień zmienia wszystko).

  • Pracuję w blokach czasowych (np. 45 minut pełnego skupienia, 10 minut przerwy na rozciąganie).

  • W 2 godziny takiego skupienia robię więcej, niż w 6 godzin „wielozadaniowości”.

Odpoczynek to też obowiązek

Najważniejsza lekcja, jaką wyniosłam z pierwszych lat na uczelni, brzmi: zmęczony mózg nie przyswaja wiedzy. Siedzenie nad książkami do 3 nad ranem przed egzaminem daje tylko złudne poczucie kontroli, a na samym teście kończy się „czarną dziurą” w głowie.

Czas na życie, wyjścia ze znajomymi i działanie w wolontariacie to nie jest coś, co robię „w nagrodę”, jeśli starczy mi czasu. To stały element mojego tygodnia, który pozwala mi przewietrzyć głowę. Dzięki temu, kiedy w poniedziałek siadam do nauki, mam na to energię, a nie mdłości na sam widok biurka.

Studia są po to, żeby zdobyć dyplom, jasne. Ale są też po to, żeby żyć, budować relacje i sprawdzać się w różnych rolach. Nie dajcie sobie wmówić, że trzeba wybrać jedno kosztem drugiego.

A jak to wygląda u Was? Macie swoje systemy zarządzania czasem, czy raczej króluje u Was klasyczny studencki spontan i panika na 24 godziny przed egzaminem? Dajcie znać, chętnie podkradnę jakieś nowe patenty!

Komentarze