Jeśli kiedykolwiek przeszliście się po korytarzu uczelni podczas „tygodnia adaptacyjnego”, na pewno zostaliście zasypani ulotkami. „Dołącz do nas!”, „Zbuduj CV marzeń!”, „Z nami zmienisz uniwerek!”. Samorząd studencki, koła naukowe, NZS, AIESEC, AEGEE, lokalne stowarzyszenia... Wybór jest ogromny, a obietnice brzmią jak cytaty z folderu reklamowego prestiżowej korporacji.
Sama dałam się na to złapać na pierwszym roku. Weszłam w to na 100%, zaliczyłam po drodze spektakularne sukcesy, parę kryzysów egzystencjalnych i jedno solidne wypalenie.
Dziś, bogatsza o te kilka lat doświadczeń, chcę Wam sprzedać absolutnie szczery bilans zysków i strat. Bez marketingowego bełkotu. Czy warto należeć do organizacji studenckiej?
Spoiler: Tak, ale nie do każdej i nie za wszelką cenę.
Różowe okulary, czyli PLUSY (które faktycznie działają)
Zacznijmy od tego, co w tym wszystkim jest najlepsze. Bo dobre strony są – i to potężne.
Ludzie, z którymi nie musisz tłumaczyć swoich pasji. Na studiach bywa różnie – czasem trafiasz do grupy na ćwiczeniach z ludźmi z przypadku. W organizacjach studenckich spotykasz „swoje plemię”. Ludzi, którym chce się robić coś więcej niż tylko minimum do zaliczenia sesji. Moje najlepsze przyjaźnie i kontakty (też zawodowe!) zaczęły się właśnie od wspólnego noszenia palet na evencie czy pisania wniosków o granty o 2 nad ranem.
Piaskownica do popełniania błędów. Chcesz nauczyć się marketingu, koordynacji projektów, negocjacji z partnerami czy zarządzania budżetem? W organizacji dostajesz na to realny budżet i odpowiedzialność. Jeśli coś zepsujesz – nikt cię nie zwolni (najwyżej wspólnie wypijecie melisę i poprawicie błędy). To bezcenny poligon doświadczalny przed „prawdziwą” pracą.
Wpisy do CV, które nie są fikcją. Rekruterzy mają już dość czytania o „wysokich umiejętnościach interpersonalnych”. Ale kiedy wpiszesz, że „skoordynowałaś projekt dla 500 uczestników i pozyskałaś 10 000 zł finansowania zewnętrznego” – to jest konkret, który wyróżnia Cię na starcie.
Zderzenie z rzeczywistością, czyli MINUSY
Żeby nie było zbyt kolorowo – pora na ciemniejszą stronę tego medalu.
Złodziej czasu (jeśli mu na to pozwolisz). Projekty studenckie mają tendencję do rozrastania się do rozmiarów drugiego etatu. Bardzo łatwo wpaść w pułapkę: „jeszcze tylko odpiszę na tego maila”, „jeszcze tylko ta grafika”. Zanim się obejrzysz, zawalasz kolokwia, a Twoje oceny lecą na łeb, na szyję.
Kluby wzajemnej adoracji. Nie każda organizacja jest zdrowym środowiskiem. Czasem trafisz na hermetyczne kółka, gdzie zamiast działania liczy się „kto ma jakie stanowisko” i „kto jest bliżej prezesa”. Studencka polityka potrafi być momentami niesamowicie toksyczna i śmieszna zarazem.
Praca za uśmiech (i uścisk dłoni prezesa). Ostatecznie robisz to wszystko za darmo. I o ile na początku to ekscytujące, o tyle po roku możesz poczuć lekką frustrację, gdy uświadomisz sobie, ile darmogodzin włożyłaś w projekt, pod którym podpisze się np. władza uczelni.
Rzeczy, o których nikt głośno nie mówi (A powinien)
A teraz czas na moje ulubione – smaczki z kuluarów, o których nie przeczytacie w rekrutacyjnych postach na Instagramie.
1. Dramy i intrygi godne Netflixa
Ilość dram, plotek i konfliktów personalnych w organizacjach studenckich czasem przewyższa poziomem te z amerykańskich seriali dla nastolatków. Ktoś z kimś zerwał, ktoś komuś podkradł pomysł na grafikę, ktoś nie wpisał kogoś na listę zasłużonych... Jeśli myślicie, że dorośli ludzie w wieku 21 lat zachowują się zawsze profesjonalnie – cóż, organizacja szybko Was z tego wyleczy. To przyspieszony kurs z psychologii tłumu i rozwiązywania konfliktów.
2. Syndrom „paliwa rakietowego”, które szybko się kończy
Większość organizacji działa na zrywach entuzjazmu. Na początku roku akademickiego wszyscy mają ogień w oczach. W listopadzie przychodzi jesienna depresja, w styczniu sesja – i nagle z 30-osobowego zespołu zostają 3 osoby, które muszą dociągnąć projekt do końca. Zawsze bądźcie przygotowani na to, że ostatecznie odpowiedzialność spadnie na nielicznych.
3. „Prezesi” z papieru
Spotkacie tam ludzi, którzy w wieku 20 lat zachowują się, jakby zarządzali międzynarodową korporacją zatrudniającą tysiące osób. Garnitur na codzienne zebranie, sztywne maile zaczynające się od „Szanowni Państwo, w nawiązaniu do naszej strategii...” i zero dystansu do siebie. Spoiler: zazwyczaj ci, którzy najgłośniej krzyczą o swoim profesjonalizmie, robią najmniej realnej roboty.
Moja rada: Jak w to wejść i nie zwariować?
Jeśli zastanawiasz się nad dołączeniem do jakiegoś koła lub organizacji, zrób to z głową.
Zrób research „terenowy”. Zapytaj starszych roczników, jak naprawdę wygląda tam atmosfera. Czy ludzie tam faktycznie coś robią, czy tylko spotykają się na piwo (co też jest spoko, o ile nie obiecują Ci rozwoju zawodowego).
Ustal granice. Na samym początku powiedz sobie: „Poświęcam na to maksymalnie 5 godzin w tygodniu”. I trzymaj się tego, nawet gdyby paliło się i waliło. Organizacja przetrwa bez Ciebie, Twoje zdrowie psychiczne i sesja – niekoniecznie.
Nie kolekcjonuj znaczków. Lepiej działać w jednym miejscu, ale zaangażować się w konkretny projekt, niż wpisać do CV pięć różnych organizacji, w których Twoja rola ograniczyła się do polubienia strony na Facebooku.
Należeliście kiedyś do jakiegoś koła naukowego albo samorządu? A może trzymacie się od tego z daleka, uważając to za stratę czasu? Czekam na Wasze szczere opinie w komentarzach – bez cenzury!

Komentarze
Prześlij komentarz