Pamiętacie te komentarze z dzieciństwa? „Ech, dostał tę posadę, bo jego wujek zna prezesa”, „Bez pleców nic dzisiaj nie osiągniesz”, „Załatwiła sobie ciepłą posadkę po znajomości”.
Jeszcze dekadę temu słowo „znajomości” pachniało w Polsce cwaniactwem, nepotyzmem i przaśnym układem pod stolikiem. Dawało poczucie niesprawiedliwości i umniejszało czyimś sukcesom. Jeśli ktoś dostał pracę „po znajomości”, w dobrym tonie było gęsto się z tego tłumaczyć i udowadniać, że to czysty przypadek.
A potem przyszło nasze pokolenie, weszły anglicyzmy, a rynek pracy przeszedł pojęciowy rebranding.
Dziś nikt nie mówi o załatwianiu spraw po znajomości. Dziś robimy networking. Buforujemy kontakty, budujemy sieć relacji, chodzimy na wydarzenia branżowe i wymieniamy się profilami na LinkedInie. Coś, co kiedyś było uznawane za nieczystą zagrywkę, dziś jest oficjalną kompetencją rynkową i filarem nowoczesnej kariery.
Jak do tego doszło i czy to na pewno zmiana na lepsze?
Od wujka w urzędzie do relacji z wyboru
Żeby zrozumieć tę zmianę, trzeba zobaczyć różnicę między starym „załatwianiem” a nowym networkingiem.
Stare znajomości opierały się na zamkniętych układach rodzinnie-towarzyskich. Nie liczyło się to, co potrafisz, tylko to, czyim jesteś synem, siostrzeńcem albo sąsiadem. To był system powiązań, który paraliżował merytoryczną konkurencję.
Networking – przynajmniej w swojej idealnej definicji – działa zupełnie inaczej. Jest proaktywny i oparty na relacjach z wyboru.
Jako 21-latka działająca w organizacjach studenckich i wolontariacie, widzę to na co dzień. Kiedy poznaję ludzi przy projektach w Łodzi, na warsztatach czy debatach, nie szukam „pleców”. Szukam ludzi, z którymi rezonuję intelektualnie i z którymi dobrze mi się współpracuje.
Kiedy pół roku później ktoś z nich pisze do mnie: „Oliwia, szukamy do zespołu kogoś, kto ogarnia pisanie i ma poukładane w głowie, aplikuj” – czy to jest nepotyzm? Nie. To naturalna konsekwencja tego, że ktoś zobaczył moją pracę w akcji.
Dlaczego rynek pracy zwariował na punkcie kontaktów?
Żyjemy w czasach, w których tradycyjne CV powoli odchodzi do lamusa. Rekruterzy dostają po 500 aplikacji opartych na tym samym szablonie z Canvy na jedno stanowisko juniorskie. Skanują je algorytmy AI, a cały proces przypomina bezduszną loterię.
W tym chaosie zaufanie stało się najdroższą walutą.
Firma woli zatrudnić kogoś z polecenia obecnego pracownika nie dlatego, że chce kogoś „faworyzować”, ale dlatego, że minimalizuje ryzyko. Wiadomo, jak ta osoba pracuje, jak komunikuje się w zespole i czy nie ucieknie po dwóch tygodniach. Networking stał się skrótem w gąszczu formalności.
Druga strona medalu: Kiedy networking staje się fałszem?
Żeby nie było za słodko – networking ma też swoją ciemną, wyczerpującą stronę, o której rzadko pisze się na LinkedInie.
Czasem granica między budowaniem autentycznych relacji a cynicznym wykorzystywaniem ludzi mocno się zaciera. Zapewne też znacie ten typ ludzi:
Zagadują do Was tylko wtedy, gdy czegoś potrzebują.
Na wydarzeniach studenckich nie słuchają, co mówisz, tylko skanują wzrokiem salę w poszukiwaniu „kogoś ważniejszego”.
Traktują ludzi jak cyferki i potencjalne dźwignie w karierze.
Takie podejście budzi we mnie absolutny sprzeciw. Prawdziwy networking nie polega na zbieraniu wizytówek jak kart w Pokémonach i udawaniu miłego dla korzyści. To dwukierunkowa ulica. Jeśli tylko bierzesz, a nic od siebie nie dajesz – szybko zostaniesz zweryfikowany.
Co więcej, tworzy to potężną barierę dla osób mniej przebojowych czy introwertycznych. Skoro praca „szuka się przez relacje”, to co z ludźmi, którzy genialnie robią swoją robotę, ale paraliżuje ich myśl o odezwaniu się do obcej osoby na evencie?
Jak robić to po swojemu (i nie czuć niesmaku)?
Długo uczyłam się przełamywać wewnętrzny opór przed „sieciowaniem”. Wydawało mi się to sztuczne. W końcu wypracowałam własne zasady, które pozwalają mi budować kontakty w zgodzie ze sobą:
Jakość, nie ilość: Wolę znać 10 osób, z którymi mogę szczerze pogadać o projektach, edukacji czy problemach w NGO, niż mieć 500 „znajomych” z powiadomień.
Bądź użyteczna/y: Networking zaczyna się od pytania: „W czym mogę Ci pomóc?”, a nie „Co możesz dla mnie zrobić?”. Polecenie czyjegoś artykułu, podrzucenie fajnego wydarzenia czy pomoc przy akcji wraca szybciej, niż się wydaje.
Autentyczność ponad profesjonalną maskę: Najlepsze relacje zawodowe nawiązałam wtedy, gdy przestałam udawać „młodą biznesmenkę”, a po prostu byłam sobą – studencką, która ma mnóstwo pasji, ale też czasem popełnia błędy i szuka swojej drogi.
Zmieniliśmy słowo „znajomości” na „networking” i daliście mu nową definicję. Czy to źle? Nie, o ile pamiętamy, że po obu stronach ekranu czy stołu konferencyjnego nadal stoi człowiek, a nie tylko profil zawodowy.
A Wy jak do tego podchodzicie? Lubicie networking i chętnie wychodzicie do ludzi, czy raczej przeraża Was ta cała otoczka budowania sieci kontaktów? Dajcie znać w komentarzach!

Komentarze
Prześlij komentarz