Ja mam FOMO, Ty masz FOMO, wszyscy mamy FOMO?

 Jest piątek, 21:30. Siedzę w dresie przy biurku, piję melisę i przeglądam materiały z prawa administracyjnego na poniedziałkowe kolokwium. Czuję, że robię dokładnie to, co powinnam – regeneruję się po ciężkim tygodniu i ogarniam studia.

I wtedy popełniam ten jeden błąd. Otwieram Instagrama.

Na Relacjach widzę:

  • Znajomych z organizacji studenckiej na genialnym, klimatycznym domowym koncepcie w Piotrowskiej.

  • Koleżankę z roku, która wrzuciła zdjęcie z niszowego wykładu naukowego z podpisem „Poszerzamy horyzonty!”.

  • Ekipę ekologiczną, która właśnie skończyła nocne szykowanie banerów na weekendową akcję.

W jednej sekundzie mój spokój znika. Melisa przestaje działać, a w brzuchu pojawia się dobrze znane, nieprzyjemne ściskanie. „Głupia, siedzi w domu, kiedy świat dzieje się obok”, „Przegapiasz najlepsze lata”, „Inni potrafią łączyć naukę, imprezy i aktywizm, a ty spisz”.

Witajcie w świecie FOMO (Fear of Missing Out) – strachu przed tym, że coś nas ominie.



Młodzi, zaangażowani i... wiecznie zestresowani

FOMO kojarzy się głównie z lękiem przed ominięciem dobrej imprezy czy wyjazdu na weekend. Ale w naszym pokoleniu – a zwłaszcza w środowisku ludzi aktywnych, studenckich „ogarniaczy” i wolontariuszy – to zjawisko ma znacznie groźniejszą odmianę.

To FOMO aktywistyczno-rozwojowe.

Boję się nie tylko tego, że ominie mnie wyjście na piwo. Boję się, że:

  • Ominie mnie ważna petycja, protest albo akcja społeczna, na której powinnam być.

  • Ktoś inny zorganizuje lepszy warsztat, a ja zostanę w tyle.

  • Przegapię idealną okazję do budowania sieci kontaktów („networking”, moje ulubione nowosłowo).

  • Jeśli na chwilę zniknę z widoku, ludzie o mnie zapomną, a moje działania stracą znaczenie.

W efekcie żyjemy w ciągłym biegu. Zgadzamy się na kolejny projekt, idziemy na wydarzenie, na które wcale nie mamy ochoty, i doprowadzamy swój organizm na skraj wyczerpania. Wszystko po to, żeby tylko nie poczuć tego bolesnego ukłucia: „coś mnie omija”.

Iluzja idealnego życia (i idealnego aktywizmu)

Musimy wreszcie zacząć mówić o tym głośno: social media to teatr stworzony do wywoływania FOMO.

Przeglądając relacje innych, porównujemy nasze skomplikowane, pełne zmęczenia i wątpliwości życie kulisowe z wyreżyserowanym „the best of” innych ludzi.

Nie widzimy, że koleżanka wrzucająca zdjęcie z debat politycznych ma potężne zaległości w nauce i płacze z przebodźcowania w łazience. Nie widzimy, że ekipa z imprezy jutro przespi pół dnia i będzie miała poczucie winy. Widzimy tylko idealną migawkę sukcesu i energii.

Nawet w świecie działań społecznych wpadliśmy w pułapkę estetyki. Działanie ma być fotogeniczne, głośne i ciągłe. A przecież prawdziwa praca – czy to nad sobą, czy na rzecz innych – bywa nudna, cicha i wymaga przede wszystkim wypoczętej głowy.

Jak zamienić FOMO na JOMO?

Nie będę ściemniać – nie wyleczyłam się z FOMO w 100%. Nadel miewam wieczory, kiedy zawiść i poczucie winy wygrywają ze zdrowym rozsądkiem. Ale powoli uczę się przesuwać w stronę JOMO (Joy of Missing Out), czyli... radości z tego, że coś mnie omija.

Oto co pomaga mi utrzymać pion:

1. Zasada jednego „NIE” dziennie

Za każdym razem, gdy mówisz „tak” kolejnemu wydarzeniu, imprezie czy projektowi tylko ze strachu przed ominięciem czegoś – powiedz „nie” swojemu zdrowiu psychicznemu. Zaczęłam traktować swój czas i energię jak budżet. Jeśli wydam wszystko na raz, zostanę z niczym.

2. Aktywne wyłączanie powiadomień

Instagram nie ma prawa decydować o tym, jak czuję się w piątek o 22:00. Odłóż telefon do drugiego pokoju. Jeśli nie widzisz na bieżąco, co robią inni, Twój mózg przestaje kombinować i zaczyna skupiać się na tym, co robisz TY w tej konkretnej chwili.

3. Zaakceptowanie faktu, że NIE DA SIĘ mieć wszystkiego

Życie to suma wyborów. Wybierając spokojny wieczór z książką albo planszówkami, świadomie rezygnuję z wyjścia do klubu. I to jest OK. Nie da się być jednocześnie w trzech miejscach, zdobywać stypendium, prowadzić NGO i mieć 100% frekwencji na imprezach. Coś zawsze odbywa się kosztem czegoś.

Daj sobie prawo do znikania

Świat pędzi absurdalnie szybko, a od naszego pokolenia wymaga się, żebyśmy w wieku 21 lat mieli już gotowe CV, uratowaną planetę i perfekcyjne życie towarzyskie.

Ale wiecie co? Nic się nie stanie, jeśli przegapicie jedną imprezę. Świat się nie zawali, jeśli nie pójdziecie na jeden protest. Organizacja da sobie radę bez Was przez jeden weekend, a znajomi nadal będą Waszymi znajomymi, nawet jeśli odpuścicie piątkowe wyjście.

Najważniejsza akcja, jaką możesz teraz zrobić dla świata, to zadbać o siebie. Bo spalony, przebodźcowany aktywista czy student nikomu się nie przyda.

A jak to wygląda u Was? Zdarza Wam się łapać na tym, że idziecie gdzieś tylko z obawy, że coś Was ominie? Jak z tym walczycie? Dajcie znać w komentarzach!

Komentarze